|
Relacja - Jurajskie Mistrzostwa Off-Road
14 marca 2009
Fragment materiału podsumowującego imprezę opublikowanego w Magazynie SPEED.
Zmagania…
Około 10.20 kolumna pojazdów, składająca się z zawodników, licznie
przybyłych mediów oraz organizatorów
dotarła do niegowonickiego kamieniołomu. Po drodze budziła niekłamane
zainteresowanie wszystkich, których
napotykała na swojej drodze. W końcu nie często widuje się długą kolejkę
pojazdów terenowych, osobowych
i quadów zabezpieczoną policyjnymi radiowozami. Coraz bardziej się
wypogadzało. Temperatura nadal
nie była wysoka, ale dość mocno operujące słońce sprawiało, że wszyscy
poczuli się prawdziwie wiosennie.
W kamieniołomie, jak to w kamieniołomie. Niezwykłe i niezależnie od
tego, czy przypadające komuś do
gustu, z pewnością niespotykane na codzień widoki. Dookoła wzniesienia,
pagórki i wystające skały. Wszystko
pokryte nigdy nie ścinaną trawą, często kamieniste gdzieniegdzie pokryte
błotem, nawet dość grubą jego
warstwą. Tu u ówdzie nieliczne drzewa, stosunkowo młode, najczęściej
liściaste. Zawodnicy nie mogli wymarzyć
sobie lepszego miejsca w połączeniu ze wspanialszą aurą. Zupełnie
odkryte i nieocienione tereny, silnie
świecące i grzejące słońce – nic, tylko się bawić. Zawodnicy postanowili
zapoznać się s trasą przed startem.
Oczywiście zgodnie z przepisami przed Rajdem wolno im było wyłącznie
poruszać się po niej pieszo, ale i to
jest bardzo istotne. Daje możliwość odkrycia naprawdę trudnych miejsc
czy odnalezienia czyhających terenowych
pułapek. Start opóźnił się w stosunku do pierwotnych planów prawie o
godzinę, ale nie można przecież
załogom odmówić zapoznania się z trasą – w końcu chodzi o ich
bezpieczeństwo oraz oczywiście o wynik.
Zawsze przecież istnieje możliwość, że jedni zauważą coś, czego nie
dostrzegą inni. To „coś”, może potem
pozwolić na zaoszczędzenie cennych sekund.
Jak zwykle, w imprezach rangi mistrzostw, przygotowywanych przez Zespół
Poland Trophy, załogi startowały
równolegle. Na pierwszy ogień poszły quady. Wszystkie maszyny, dosiadane
przez wygłodniałych zabawy
rajderów, ustawiono w rzędzie. Komandor przez „szczekaczkę” przypominał
o wyłączaniu przed startem
silnika i założeniu kasków. Kiedy wszyscy byli gotowi odpalono racę.
Jeszcze tylko przez krótką chwilę było
cicho i spokojnie. Przez chwilę, potrzebną na odpalenie silników i
wrzucenie biegu. To właśnie w tym czasie
adrenalina u zawodników wydawała się osiągać punkt krytyczny, którego
ujściem było odkręcenie manetki
z gazem i puszczenie się w trasę. Kiedy już wystartowali było na co
popatrzeć! Wyruszyli pełną parą. Od
samego początku wyciskali z siebie siódme poty. Trasa obfitowała w ostre
zjazdy, hopki, na których quadowi
rajderzy mogli nieco polatać oraz większe i mniejsze kałuże. Niewielkie
rozlewisko wodne było szczególnie
ciekawe dla widzów – należało się jednak ustawić odpowiednio daleko, aby
nie upodobnić się do startujących
– od stóp do głów przemoczonych i ubłoconych. Przez całe dwie i pół
godziny zawodnicy dawali z siebie
wszystko. Oni po prostu to bardzo lubią. Jedynym powodem rezygnacji w
trakcie rywalizacji może być poważna
awaria sprzętu, której nie da się usunąć w wyznaczonej przy starcie
Strefie Serwisowej. Niestety podczas
tak wymagających imprez, gdzie widuje się quadziki odwrócone do góry
kołami, czy rolujące bokiem, to
się zdarza.
Widzowie i kibice dopisali. Z pobliskich miejscowości przybyło mnóstwo
fanów off-roadowego widowiska.
W charakterze obserwatorów przybyło też wielu off-roaderów z innych,
nawet bardzo oddalonych części
Polski. Mimo, że, jak mówili, ich pojazdy nie były jeszcze gotowe do
sezonu (ciągle stały w warsztatach), to
nie mogli nie być na tej imprezie, nie kibicować, nie zobaczyć
off-roadowych przyjaciół. Każdy znalazł jakiś
idealny punkt widokowy dla siebie – niektórzy ze szczytu kamieniołomu
patrzyli na całą trasę, inni wspinali
się po skałkach i co chwile zmieniali miejsce aby lepiej i więcej
zobaczyć. Jeszcze inni podchodzili do samych
taśm ograniczających trasę przejazdu i uwieczniali zmagania robiąc
zdjęcia, czy kręcąc filmy. Spora grupa
ludzi stała przy samym rozlewisku wodnym czekając na najlepsze ujęcia,
niestety nie zawsze udało się im
uciec przed ochlapaniem przez przejeżdżające, i nie zważające na
otaczających trasę ludzi, pojazdy. Miasteczko
off-raodowe tętniło pełnią życia. Komentator relacjonował na bieżąco
sytuację na trasie, muzyka płynąca z
profesjonalnie przygotowanej sceny, smaczne pyzy do tego ciepła herbata
lub coś jeszcze bardziej rozgrzewającego.
Piknik trwał! Rajd swoją obecnością zaszczycili: burmistrz gminy Łazy -
Maciej Kaczyński, dyrektor
miejscowego Ośrodka Sportu i Rekreacji – Konrad Knap, asystentka Pani
Europoseł Małgorzaty Handzlik,
która wraz z burmistrzem Łaz objęła Patronat Honorowy nad imprezą. Nie
brakowało również przedstawicieli
mediów, zarówno lokalnych, jak i ogólnopolskich.
Po krótkiej przerwie technicznej pomiędzy startami kolej przyszła na
klasy samochodowe. Niezorientowanym
należy przypomnieć, że podczas Jurajskich Mistrzostw Off-Road startowały
2 takie klasy – Challenge oraz Advance. Start quadów w pierwszej kolejności był zupełnie zamierzony i
dobrze przemyślany przez organizatora.
Małe i zwinne czterokołowce są znacznie lżejsze od samochodów i nie
czynią swoim przejazdem po
błotnej mazi aż takiego spustoszenia jak znacznie masywniejsze i
wyposażone w ogromne koła (w porównaniu
do quadów) samochody. Gdyby zmagania odbyły się w odwrotnej kolejności
quadziarze mogliby mieć
nie lada problemy, a impreza mogłaby z szybkiej zamienić się w
przeprawową. Obie klasy samochodowe
startowały równocześnie i jechały razem, natomiast klasyfikacja była
ściśle przypisana do odpowiedniej klasy.
Obserwatorzy i tak się zastanawiali jak samochody sobie poradzą, gdzie i
jak będą się wyprzedzać i omijać,
gdyż trasa była dosyć wąska. Nie brakowało też miejsc oznaczonych
podwójnymi taśmami, które, zgodnie z
Regulaminem uznane zostały za szczególnie niebezpieczne. W tych
miejscach zabronione było jakiegokolwiek
wyprzedzanie, czy zatrzymywanie się. Jak się później okazało,
wątpliwości i obawy obserwujących były
zupełnie nieuzasadnione. Zadziałała znana powszechnie zasada, że dla
chcącego nie ma nic trudnego. A na
tej imprezie zasada ta działała ze zdwojoną siłą. Po pierwsze wszyscy
terenowcy są nastawionymi na zwycięstwo
i pokonywanie własnych słabości twardzielami. Po drugie, to była impreza
otwierająca sezon i chęć
jazdy, zmagań, ścigania się, po całym leniwym i pozbawionym uderzeń
adrenaliny okresie zimowym, była już
ogromna. Start odbył się równolegle – wszystkie pojazdy zostały
ustawione w szeroką ławę. Komandor odpalił
racę. I poszli! Już na pierwszym zjeździe można było zaobserwować jakie,
wydawało się magiczne, umiejętności
posiadają startujący. Załoga z numerem 210 (charakterystyczny czarny
Nissan z białą maską) zawiesiła
swoją maszynę na hopce blokując część trasy. Zawodnicy nie zastanawiali
się długo – prawie natychmiast
zaczęli konsekwentnie przecierać inne szlaki aby tylko ominąć stojącą
przeszkodę i kontynuować wyścig. Na
50 minut przed końcem wyznaczonego czasu ekipa z Koszalina, jadąca
Mitsubishi Pajero, musiała zrezygnować
z Rajdu – podczas gwałtownego manewru skrętu zaliczyli dość
spektakularnie wyglądającą przewrotkę.
Dla ich maszyny to był koniec w tym dniu. Organizatorzy zawsze zwracają
uwagę na wszelkie wyposażenie
podnoszące bezpieczeństwo i zawsze jest ono skrupulatnie egzekwowane.
Tym razem nie było inaczej, a klatka
kask oraz zapięte pasy sprawiły że nikomu nic się nie stało. Zgodnie z
oczekiwaniami po przejechaniu trasy
przez samochody zaczęła ona przypominać fragment Odcinka Specjalnego
imprezy o nieco innym charakterze.
Koleiny w błotnej mazi stały się znacznie szersze i dużo głębsze.
Po rajdzie...
Po zakończeniu wszystkich przejazdów odbyło się uroczyste ogłoszenie
wyników oraz oficjalne wręczenie
nagród i pamiątkowych pucharów z pięknie wyeksponowanym, u ich zwięczenia, logo Mistrzostw. Cała
ceremonia miała miejsce na, wspomnianej już wcześniej, ustawionej w
Off-Road Parku scenie. Nie zabrakło
podziękowań oraz minuty dla fotoreporterów.
Najlepszą załogą w klasie Advance okazali się jadący Isuzu Trooperem z
numerem 209: Daniel Kania i Andrzej
Koniec. W sumie przejechali oni 28 okrążeń. Na drugim miejscu, z
wynikiem tylko albo aż o 2 okrążenia
gorszym, na metę przybyli Piotr Otawa i Przemysław Puzio jadący Suzuki z
przydzielonym numerem 306.
Miejsce trzecie z 25. okrążeniami, zajęli: Marcin Kruszewicz i Mariusz
Boganow poruszający się czarnym
Tomcatem. Ich załoga miała numer 204.
W klasie Challenge załogi plasujące się na trzech pierwszych pozycjach
przejechały tę samą ilość 24. okrążeń.
W związku z tym, zgodnie z przepisami, wzięto pod uwagę najszybszy czas
przejazdu ostatniej pętli. Pierwsze
miejsce, z czasem ostatniego kółka wynoszącym 5 minut i 7 sekund,
wywalczyła załoga Olaf Chłopek i
Tomasz Miksa jadąca z numerem 302 na Samuraju Eleonora evo 9. Miejsce
drugie przypadło załodze 303;
rodzinnemu teamowi Plackowskich – ojcu Piotrowi i synowi Kubie. Oni
zmagali się jadąc również Suzuki
Samurajem. Ich czas na ostatnim okrążeniu był gorszy od zwycięzców o 20
sekund, natomiast lepszy aż o 48
sekund od trzeciej w klasyfikacji załogi o numerze 307, w której na
Samuraju jechali Grzegorz Tylawski wraz
z pilotem Jarosławem Grubą.
W klasie Quad Adventure sytuacja wyglądała podobnie jak w samochodowej
Challenge – tutaj również
najważniejszy okazał się czas osiągnięty na ostatnim okrążeniu. Pierwsze
3 załogi przejechały po 30 okrążeń.
Najlepszy okazał się Witold Stanek z numerem 509. Jemu ostatnie
okrążenie udało się pokonać z czasem 4
minuty i 18 sekund. Miejsce drugie, ze stratą z ostatniego kółka
wynoszącą 17 sekund, przypadło jadącemu
Yamahą Grizzly z numerem 511, Andrzejowi Krawińskiemu. Na miejscu
trzecim zameldował się na mecie
dosiadający Suzuki Kingquada z numerem 503, Grzegorz Trepka, którego
czas był tylko o 1 sekundę gorszy
od poprzednika.
Wyniki najlepiej odzwierciedlają atmosferę całej imprezy. Było bardzo
ostro i bojowo, poziom umiejętności
poszczególnych załóg był bardzo wyrównany, nikt nikomu nie odpuszczał, a
walka, w ostatecznym rozrachunku,
toczyła się o każdą sekundę, od której zależała kolejność miejsc na
pudle. Cała impreza – mimo obaw wielu
zawodników, którzy przestraszeni aurą zrezygnowali ze startu na kilka
dni przed zmaganiami – była ogromnym
sukcesem, zarówno organizacyjnym i sportowym jak również wspaniałą
rodzinną piknikową imprezą. |